Historia Vita Memoriae Strona Główna Historia Vita Memoriae
Forum dyskusyjne miłośników historii i fortyfikacji - Grupa Inicjatywna "Cztery Historie"

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  Chat

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: darecki
Pią 21 Paź, 2011 09:47
Szkoła Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu
Autor Wiadomość
darecki 
wujek kurde samo dobro
Trzeba siać...


Pomógł: 34 razy
Dołączył: 22 Lis 2004
Posty: 8814
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 30 Lis, 2004 22:10   Szkoła Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu

I. Kanonier z cenzusem
Zgodnie z kartą powołania, rankiem 19 września 1935 roku, stawiłem się w Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Miałem lat osiemnaście. Zgłosiłem się ochotniczo, bezpośrednio po maturze, aby odbyć obowiązek wojskowy przed przyszłymi studiami. W grupie poborowych, skierowanych podobnie jak ja do 9 baterii szkolnej, rej wodził kapral podchorąży Janusz Chodakowski, zwolniony ze Szkoły Podchorążych Artylerii w Toruniu. Mimo roku służby i posiadanego stopnia został powołany do Włodzimierza, ponieważ nauka w szkole toruńskiej nie była zaliczana na poczet służby obowiązkowej. Okazał się kolegą mojego brata Józefa, podchorążego tej szkoły, postanowiliśmy więc trzymać się razem. Do tej samej baterii dostał przydział Zdzisław Krzemiński, z którym razem zdawałem maturę w gimnazjum w Kowlu.
Podoficer zaprowadził grupę rekrutów do koszar baterii w bloku III dywizjonu, po drugiej stronie ogromnego placu ćwiczeń. Dywizjony I i II kwaterowały od frontu, obok bramy i komendy szkoły. Bateria mieściła się na parterze dużego, piętrowego budynku. Zaraz przy wejściu znajdowała się kancelaria, naprzeciw niej umywalnia i ustęp, dalej wchodziło się do ogromnej sali z ławkami, katedrą i na razie tajemniczymi pomocami naukowymi. Była to sala wykładowa. Dalej, oddzielone rzędami szafek, mieściły się działony, każdy po szesnaście łóżek, zestawionych parami. Po prawej stronie kwaterował pierwszy pluton (1, 2, 3 działon), po lewej drugi pluton (4, 5, 6 działon). Za nimi była mała świetlica, magazyny mundurowy i broni oraz izby podoficerskie.
Przy wejściu obejrzał nas szef baterii, ogniomistrz Dziadowicz i przydzielił do działonów według zasady: wysocy do 1 i 4, średniacy
do 2 i 5, niscy, czyli „konusy", do 3 i 6. Ja oraz Zdzisław trafiliśmy do 2 działonu, Janusz, niestety, do trzeciego. Poradził, by brać łóżka w środku, gdyż zewnętrzne zawsze „podpadają" przy sprawdzaniu słania, a w ostatnich, pod oknem, jest zimno. Zajęliśmy trzecie i czwarte i na specjalnych kartkach wypisaliśmy nasze nazwiska na łóżkach i szafkach. Dalszą czynnością było wypychanie na podwórzu słomą sienników. Były twarde jak kamień i wcale się nie uginały pod ciężarem ciała. Spało się jak na katafalku, ale za to można było łóżko zasłać przepisowo „pod kant". A wiadomo przecież, że w wojsku łóżko służy nie tak do spania, jak do słania.
Jednocześnie trwało fasowanie umundurowania. Działo się to w świetlicy, gdzie kapral Sztyma przytaszczył kupę różnych sortów i wydawał przepisowy zestaw ustawionym w kolejkę rekrutom. Ci przymierzali, przebierali, prosili o wymianę. Kapral złościł się i pokrzykiwał, miał bowiem umundurować w ciągu dnia pięćdziesięciu ludzi, więc naglił do pośpiechu. Gdy czekałem w kolejce, podszedł do mnie Janusz i szepnął:
— Niech pan bierze, co popadnie. Później sobie wymienimy. Mam plan.
Licząc na jego wojskowe doświadczenie, brałem sorty tak, jak kapral dawał. Było tego mnóstwo: dwa koce, dwa prześcieradła, poszewka na „zagłówek", czyli słomianą poduszkę, mundur ćwiczebny i wyjściowy, spodnie ze skórzanymi karwaszami i wyjściowe, dwa płaszcze, mundur drelichowy, czapka garnizonowa, polowa i furażerka, dwie pary butów, ostrogi i rzemyki do nich, dwa pasy główne i dwa do spodni, dwie zmiany bielizny, komplet ciepłej na zimę oraz kaftan, czyli sweter, nauszniki i rękawice, dwa ręczniki, dwie pary onuc, menażka, manierka, kubek, niezbędnik, czyli składana łyżka--widelec, tornister, chlebak oraz przeróżne paski, czyli troki, i drobiazgi. Wszystko to składałem na kupę, w koc i zaniosłem na swoje łóżko. Zacząłem się ubierać i układać rzeczy w szafie. Własne ubranie należało odesłać do domu.
Wspólnie z Januszem zdecydowałem, jakie sorty należy wymienić. W tym celu zakradliśmy się do magazynu, który kapral zostawił otwarty, gdyż od czasu do czasu przenosił zeń coś do świetlicy. Nie przyszło mu na myśl, że rekruci mogą gospodarować w jego królestwie. Po chwili wyszliśmy w ładnie dopasowanych mundurach ćwiczebnych, prawie nowych, w wygodnych butach i przerobionych
przez poprzedni rocznik płaszczach. Powtórzyliśmy następnie tę operację z mundurami wyjściowymi. Janusz wytłumaczył mi, że dobry, dopasowany mundur decyduje o ładnej postawie żołnierskiej, poza tym przyjemniej nosić rzeczy nowe niż znoszone. Ryzyka nie było, nie dla wszystkich bowiem starczało sortów używanych i kapral tu i ówdzie dawał nowe. Miałem twierdzić, że właśnie takie mi dał. Mój płaszcz ćwiczebny był tak pięknie przerobiony i mało zużyty, że postanowiłem wziąć go na wyjściowy, a nowy obrócić na ćwiczebny. Zmieniłem tylko okrągłe monogramy SPR na kołnierzu na stare.
Każda rzecz miała swoje określone ściśle miejsce w szafce, więc wszystko się jakoś pomieściło. Posłałem przepisowo łóżko i zacząłem rozglądać się po otoczeniu. Rekruci przedstawiali pocieszny widok, mocując się z sortami, często nie znanego im użytku.
— Proszę pana, co to jest? — spytał mnie sąsiad, magister praw z cywila, warszawiak z pochodzenia.
— To jest onuca, proszę kolegi. — Onuca? A do czego to służy?
— Do owijania nóg, zamiast skarpetek — wyjaśniłem. — Jak mówi regulamin wojskowy, jest to stopień pośredni między nami a cywilami.
— Nie rozumiem.
— Bardzo proste. Hierarchia wojskowa zaczyna się od marszałka i generałów. Potem idą kolejne stopnie oficerskie i podoficerskie, potem bombardier, kanonier i rekrut, długo nic i onuca żołnierska, potem znowu nic i wreszcie cywil. Tak nas uczono jeszcze na obozie przysposobienia wojskowego.
— To jest teoria. A jak w praktyce? Jak się to zakłada?
— Proszę uprzejmie nóżkę na stołek. — Zacząłem uczyć sąsiada owijania nogi pośród ogólnego zainteresowania.
Inny sąsiad, matematyk, z przystrzyżoną na krótko czupryną, radził się w takiej sprawie:
— Jak pan myśli? Chyba tak krótkich włosów nie każą mi ściąć?
— Na pewno każą — odparłem, gładząc swoją ostrzyżoną w domu przed wyjazdem „łysinę". — Wszyscy muszą być „na zero". Niech pan nie czeka, aż przyjdzie podoficer z maszynką, a wali sam do fryzjera. Zakład jest przy bramie.
— A to jest, proszę panów — rozpocząłem kolejny wykład —
najważniejsza część wyposażenia wojskowego, czyli niezbędnik. Jak sama nazwa wskazuje, jest on niezbędny każdemu żołnierzowi, ponieważ służy do jedzenia, a więc do podtrzymywania odporności fizycznej. Ta oto składana łyżka-widelec, wzoru naszych praojców, w odróżnieniu od innych, nie znanych wam jeszcze, rodzajów broni, składa się tylko z dwóch części — tego oto „nabieraka pokarmowego" o podwójnym działaniu.i tego tu „podajnika dogębnego". W dobrze wytrenowanych rękach wzorowego żołnierza potrafi opróżnić menażkę w ciągu trzech minut. Znajduje się w uzbrojeniu wszystkich armii świata, a w związku z tym nie podlega ochronie tajemnicy wojskowej. Macie ją nosić zawsze przy sobie, albowiem nie znacie dnia ani godziny, kiedy się może przytrafić okazja do jej użycia.
Udawałem doświadczonego żołnierza, co mi szło łatwo, ponieważ wiele szczegółów z życia w podchorążówce znałem z opowiadań brata, który przed dwoma laty skończył tę szkołę. Chętnych słuchaczy nie brakowało. Wszystkich jednakowo dręczyła myśl, jak to będzie w wojsku, czy damy radę. Czeka nas przecież ciężki, choć ciekawy, rok życia.
Na razie zaś kazano zabrać kubki i maszerować do jadalni na obiad. Na stołach były normalne nakrycia, wazy, półmiski i dzbanki. Tylko kubki nosiliśmy z sobą. Odpadało więc mycie menażek, uciążliwy kłopot żołnierski. Zupa była smaczna, mięso i jarzyny w obfitości, do herbaty po kawałku słodkiego ciasta. Nawet „bogaci” z domu", a było takich wielu, stwierdzili, że wikt im odpowiada. Oby tak dalej. Rzeczywiście, wyżywienie było dobre. Rano biała kawa — chleb fasowało się na cały dzień, wystarczało i na poczęstunek dla konia, a ewentualne „smarowidło" trzeba było mieć własne. O dwunastej było drugie śniadanie: porcja mięsa z kaszą lub grochem czy fasolą i herbata. O szesnastej obiad z trzech dań, wieczorem kolacja mleczna i kawa. Napoje miały dziwny smak, dodawano sodę, ponoć w celu osłabienia popędu płciowego. Przyzwyczailiśmy się szybko do tego smaku, a na popędy na razie nie starczało energii, pochłaniały ją całkowicie ćwiczenia.
Następnego dnia, wieczorem, gdy w baterii zebrał się już komplet, czyli stu z Kawałkiem (tak się nazywał jeden z kolegów), szef zarządził ogólną zbiórkę na korytarzu, aby nas ustawić „raz na zawsze". W pierwszym szeregu stał pierwszy pluton, w drugim — drugi... Wyrównanie wzrostu odbyło się według sznurka. Dwaj podoficerowie stali na stołkach i trzymali go ponad głowami. Szef chodził wzdłuż szeregu i upychał ostrzyżone łebki pod naciągnięty sznur. Potem było „kolejno odlicz" i każdy musiał zapamiętać swój numer oraz twarze i nazwiska sąsiadów z lewej i prawej, z tyłu i przodu. Ćwiczyliśmy to kilka razy, zanim zaczęło wychodzić. Wszystkie gęby wydawały się jednakowe, dopiero z biegiem czasu potrafiliśmy je rozróżniać.
Kiedy wreszcie bateria była ustawiona i wyrównana, pasy i furażerki poprawione, postawy jako tako ułożone „na baczność" przez podoficerów, ogniomistrz-szef podał komendę:
— Baczność! Na prawo patrz!
Wszedł dowódca baterii i trzej oficerowie.
— Panie kapitanie, melduję posłusznie, dziewiąta bateria na (zbiórce, stan stu, obecni wszyscy.
— Czołem, bateria!
— Czołem, panie kapitanie! — ryknęliśmy nie tyle zgodnie, ile głośno i z sercem.
Przed nami stał rudawy kapitan, średniego wzrostu, z wydatnym brzuszkiem, za nim wysoki i nieprawdopodobnie chudy kapitan z lekko krzywymi nogami i trzcinką w ręku, przystojny kapitan o pięknej sylwetce oraz porucznik z czarnymi, strzyżonymi wąsami.
— Jestem kapitan Porębny, wasz dowódca baterii — przedstawił się, salutując, kapitan z brzuszkiem. — To jest pan kapitan Olszew-ski, dowódca I plutonu — wskazał na chudego — to pan kapitan Sa-cha, dowódca II plutonu — wskazał na przystojnego — to pan porucznik Borczyński, oficer baterii. A to są wasi podoficerowie-instruk-torzy: ogniomistrz-szef Dziadowicz, plutonowy Wawrzyniak, plutonowy Płoskotniak i kapral Sztyma — wskazał na ustawionych na prawym skrzydle podoficerów.
— To są wasi dowódcy, przełożeni i instruktorzy. Macie ich bezwzględnie słuchać i szanować. Dyscyplina to podstawa wojska. Należy pracować, uczyć się pilnie, program wyszkolenia jest duży i trudny. Będą z was w przyszłości oficerowie rezerwy artylerii, najpiękniejszej i najważniejszej broni, dlatego musicie się gorliwie przyłożyć do roboty. Zapomnieć o rodzicach, ja jestem teraz waszym ojcem a szef matką. Zapomnieć o dziewczynkach, dziewczynki będą na urlopie albo na przepustce. Nie filozofować jak w cywilu.
Tu nie uniwersytet, tu trzeba myśleć. Każdy z was jest teraz kano-nierem z cenzusem i tak się macie meldować. W wojsku są trzy formy zwracania się do przełożonych: melduję posłusznie, proszę posłusznie i zapytuję posłusznie. Tak się macie zwracać. Pamiętajcie, że dobry żołnierz to chłop z ikrą, z jajami, a nie jakaś ślamazara. Ja jestem wymagający, a najbardziej nie lubię hochsztaplerów. To sobie zapamiętajcie: nie znoszę hochsztaplerki! Co to znaczy? To znaczy, że jak masz złotówkę, to ci nie wolno wydać złotego i pięć groszy, a tylko dziewięćdziesiąt groszy.
Słuchaliśmy z uwagą tych pierwszych zasad wojskowych, choć dla wielu z nas nie było zrozumiałe pojęcie hochsztaplerki, z takim naciskiem podkreślane przez dowódcę. Może wyjaśni się to w przyszłości. Na razie zaś kapitan przechodził powoli przed frontem, bacznie nas oglądając.
— Wszyscy jesteście do siebie podobni, a ja muszę was szybko poznać. Dlatego, gdy będziecie mnie spotykać, a ja spojrzę na którego, ten ma się zaraz meldować: „kanonier z cenzusem taki a taki". A poza tym trzeba będzie coś wykombinować... Jest może wśród was fotograf z dobrym aparatem?
— Jestem, panie kapitanie — odezwał się ktoś na początku pierwszego szeregu.
— Nazwisko wasze?
— Olańczuk.
— Kto? Generał? Biskup? Minister?
— Kanonier z cenzusem Olańczuk.
— Teraz rozumiem. Jaki macie aparat?
— Mam Leikę, panie kapitanie.
— To świetnie. Sfotografujecie wszystkich kolegów. Ot tak, po szyję, samą główkę, na małym formacie. Szef da wam notes ze spisem alfabetycznym i wkleicie mi każdego na swoim miejscu. Za papier i błony wam zwrócę. Jutro od rana bierzcie się do roboty.
— I jeszcze jedna, ważna uwaga — zwrócił się znowu do nas — żeby nie było później nieporozumień. Jeżeli ktoś usłyszy na przykład: dupa, kutas, czy też zostanie nazwany jakimś innym narządem męskim lub damskim, nie powinien się z tego powodu obrażać, czy czuć pokrzywdzonym. To jest taka sama część ciała jak ręka, noga czy brzuch, tak samo ważna i potrzebna. W wojsku często usłyszycie różne, na pozór nieprzyzwoite wyrażenia. Ludzie klną, bo się dener-
wują na patałachów, ale tu nikt nikogo nie chce obrazić czy poniżyć. A genitalia też są częścią ciała ludzkiego i to jedną z zasadniczych. Podkreślam to na początku, byście później nie przychodzili z żalami i skargami. Takie jest wojsko. Kląć też trzeba umieć.
Tak wyglądała pierwsza znajomość z dowódcami. Najbliższe tygodnie pokazały, że są to sympatyczni ludzie, a w porównaniu z innymi dyscyplina w naszej baterii okazała się bodaj najłagodniejsza. Mijał dzień za dniem. Niezgrabne ofermy przemieniały się stopniowo w żołnierzy. Pierwsze kroki stawialiśmy pod ścisłym nadzorem podoficerów, którzy główną uwagę kładli na musztrę pieszą oraz porządki, a więc słanie łóżek, układanie ubrania w „kostki", czyszczenie butów. To ostatnie okazało się niezmiernie uciążliwe na skutek sławnego włodzimierskiego błota. Kilka razy dziennie trzeba było pucować buty, by lśniły. Zaopatrzeni w cały arsenał szczotek, jak ryżowa, druciana, mazak, miękka „do glansu", czyściliśmy je bez końca. Niektórzy dostawali na dłoniach pęcherzy od szczotek.
Dzień był rozplanowany co do minuty. Oprócz ćwiczeń zaczęły się wykłady regulaminów służby wewnętrznej, instrukcji strzelania, topografii, terenoznawstwa, łączności, saperki, gazoznawstwa i innych przedmiotów, z których były zapowiedziane w przyszłości repety ej e i klasówki. Dostaliśmy podręczniki, zwane „regulaminami", oraz zeszyty. Wydano również broń, a więc karabinek, szablę i bagnet. Mieliśmy co czyścić. Bardzo piękne były szable — kozackie, w drewnianych, obciągniętych czarną skórą pochwach, z miedzianymi okuciami.
Najbardziej jednak pasjonowała jazda konna i niecierpliwie czekaliśmy na jej początek. Po kilku dniach zaprowadzono nas do stajni. W czterech plutonach, czterech częściach stajni, po obu stronach długiego korytarza stały konie, przeważnie karę. Na nasz widok odwracały łby i spoglądały z wyraźną ironią. Nad każdym stanowiskiem wisiała tabliczka z numerem ewidencyjnym, imieniem konia i rocznikiem. Niektóre miały wplecione w grzywy lub ogony czerwone tasiemki. Znaczyło to „gryzie" lub „kopie" albo jedno i drugie, czyli uważaj, rekrucie, byś nie zbierał zębów. W stajni było czyściutko, ściany, słupy i ścieki bielone wapnem, świeża ściółka. Stajenni z szufelkami zbierali skrzętnie „bobki". Pachniało amoniakiem.
Konie przydzielał dowódca baterii. Staliśmy grupą na korytarzu, modląc się w duchu, by nie dostać gryzącego bądź kopiącego.
Zawsze bezpieczniej. Kapitan szedł wzdłuż stanowisk i dobierał jeźdźców według wzrostu.
— Trzeba mi dwóch większych. Chodźcie wy obaj — wskazał na mnie i Zdzisława. — Akurat dla was konie. Warn „Azbest" — zwrócił się do Zdzisława — a wam „Murza".
Przede mną widniał szeroki koński zad. Ogromny, kary wałach odwrócił łeb i patrzył melancholijno-pobłażliwym spojrzeniem. „No co, chłopczyku? Zaprzyjaźnimy się? Co przyniosłeś dobrego? Mło-dyś, bardzo młody, wielu już takich widziałem".
Rzuciłem okiem na ogon — nie ma czerwonej wstążeczki, na grzywie również nie ma. Odetchnąłem z ulgą. Spojrzałem na tabliczkę: rocznik 1918, znaczy rok młodszy ode mnie, jak na konia wojskowego to staruszek. Grzbiet wgięty w głęboki łęk, nogi grube, koń tęgi, wysoki i mocny, niezbyt zgrabny, raczej do platformy niż pod wierzch. Istotnie był to koń artyleryjski i razem z „Azbestem" stanowił dyszlową, czyli najsilniejszą, parę zaprzęgu działa.
Kiedy wszyscy już stali przed stanowiskami, kapitan rozkazał:
— Zawołać konia po imieniu. Podejść śmiało z lewej strony, poklepać po karku, poczęstować chlebem i cukrem, porozmawiać, zapoznać się. Tylko śmiało i zdecydowanie, gdyż koń czuje, czy żołnierz się go boi. I jeśli tak jest, zaraz bryka. No, do koni!
Krzyknąłem: „Murza!" i wszedłem w przegrodę. Koń wyciągnął łeb do ręki, zgarnął przygotowany kawałek chleba i zaczął obwąchiwać kieszenie. „Dawaj resztę, masz przecież więcej. Znam rekrutów, sam nie zje, a koniowi przyniesie". Kiedy oddałem mu wszys-tek'chleb i parę kawałków cukru na dodatek, przestał się mną interesować. Wysłuchał obojętnie pieszczotliwego przemówienia, nie był też specjalnie zachwycony klepaniem i głaskaniem, ale nie przeszkadzał.
Na rozkaz kapitana zachodziliśmy następnie z prawej strony i z tyłu konia, klepali po brzuchu, podnosili przednie i tylne nogi, co prawda z drżeniem łydek. Ale wszystko przeszło pomyślnie, na pierwszej wizycie w stajni nikt nie został kopnięty ani ugryziony. Konie znały zasady dobrego tonu. Później bywało różnie, tylko mój „Murza" był zawsze jednakowo flegmatyczny. Za to sąsiad z lewej, „Azbest" miewał humory.
Nauka jazdy rozpoczęła się od opisu rzędu oraz siodłania. Wyprowadziliśmy wreszcie konie na ujeżdżalnię, nauczono nas wsiadać
i zsiadać, po czym nastąpiła jazda. Okazało się, że nie jest to wcale takie proste, jak się wydawało. Ręce nie radziły sobie z wodzami, łydki latały do przodu i tyłu, plecy się garbiły, tyłek odstawał. Kapitan denerwował się, klął i wymyślał. Na razie był tylko stęp i kłus, zatrzymywanie i ruszanie, zmiany kierunku i zwroty. Ten i ów otrzymywał pozwolenie na używanie ostróg i palcata, czyli bambusowej trzcinki.
„Murza" był doskonałym wierzchowcem, znał wszystkie kemen-dy, nie figlował. Siedziałem na nim jak w kołysce. Niestety, nie cieszyłem się nim długo. Gdy miałem służbę „pocztowego", w związku z czym wyszedłem nawet do miasta, mojego konia wziął świeżo przybyły do baterii mat podchorąży Andrzej Rudnicki, zwolniony ze Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej i skierowany do odbycia służby czynnej. Na następnej lekcji jazdy obaj ruszyliśmy do tego samego konia. Ponieważ on dopiero zaczynał się uczyć, a ja już jako tako jeździłem, porucznik zostawił mu „Murze", mnie zaś kazał osiodłać sobie „Burłaja" z plutonu koni oficerskich. Był to młody, sześcioletni gniadosz, odznaczony wprawdzie dwoma wstążeczkami, ale tego już się nie bałem. Chód miał lekki, płynny, przyjemny.
Po zrobieniu kilku okrążeń na ujeżdżalni, porucznik zapowiedział wyjazd w teren, o czym marzyliśmy od dawna. Jechaliśmy „rojem", konie ożywiły się, zaczęły pląsać i parskać. Im również znudziła się ujeżdżalnia, chciały przestrzeni i ruchu.
— Halo! Wy, na „Burłaju", jedźcie na czołowego! — zawołał porucznik.
„Co to znaczy dobry koń, od razu się wyróżniłem" — pomyślałem z radością, gdyż na czołowego wyznaczano co lepszych jeźdźców. Wyprostowałem się jeszcze bardziej, wypchnąłem pięty w dół, łydki do tyłu i wyjechałem kilka kroków przed zastęp. Porucznik wskazał kierunek na wieś na horyzoncie i kazał ruszyć kłusem. „Burłaj" szedł miękkim, sprężystym krokiem i coraz bardziej przyspieszał chód, tańcząc i podrzucając łbem.
— Czołowy! Uregulujcie tempo! — krzyknął porucznik.
Ściągnąłem silniej wodze, wzmagając równocześnie nacisk łydek. W tej samej chwili poczułem, że dzieje się coś niezwykłego. Koń zaczął jakby płynąć skokami w przód, wiatr zaświstał mi w uszach, zachwiałem się w siodle i zacząłem się suwać pomiędzy łękami. Zrozumiałem, że to jest galop.
Za sobą słyszałem tętent kopyt, parskanie koni i spłoszone okrzyki jeźdźców. Bałem się obejrzeć do tyłu, lecz czułem, że cały zastęp pędzi galopem, jednakże coraz dalej poza mną. A „Burłaj" mknął szybciej i szybciej, zdawało się, że wcale nie dotyka ziemi, tylko płynie w powietrzu. Nogi wypadły mi ze strzemion, straciłem -panowanie nad wodzami, zacząłem przesuwać się na lewą stronę siodła. „Spadnę" — pomyślałem, czując, że siedzisko mam już W połowie prawego uda. Strach mnie ogarnął, zabiję się w takim pędzie. Zrobiłem, gwałtowny rzut ciałem i wróciłem kroczem na siodło. Chwyciłem się oburącz za grzywę.
Pomału przytomniałem, szalony pęd wydawał się nawet przyjemny. Wiatr chłostał twarz, szumiał w uszach, łzawił oczy, a zarazem upajał.
— Stój! Stój! Stój, cholero! — usłyszałem za sobą.
„Pewnie porucznik złości się na mnie, dobrze mu wołać, ale jak to wykonać" — pomyślałem, próbując powstrzymać konia. Gdzie tam! Nie ma mowy! „Burłaj" nie reagował na wędzidło, ja zaś zbyt słabo siedziałem w siodle, zgubiwszy strzemiona, aby z nim walczyć. „Czort z nim, niech pędzi, kiedyś wreszcie się zmęczy" — zrezygnowałem.
Obok zjawił się jeździec, nie był to jednak porucznik. Kolegę również poniósł koń. Podobnie jak ja leżał na jego szyi i wrzeszczał rozpaczliwie „stój!", myśląc, że w ten sposób zatrzyma swego „Ary-mana". Ale „Burłaj" miał ambicję sportową — nie dać się wyprzedzić. Zaczęły się zatem wyścigi i wkrótce byłem znowu sam.
Zbliżałem się do wsi. Koń miał widocznie dość i dał się zatrzymać. Przystanął również i „Aryman" ze swoim jeźdźcem. Spojrzałem do tyłu. Daleko za nami galopował po polu rozproszony zastęp, podobny do stada wron. Bliżej ku nam pędziło dwóch jeźdźców, porucznik i jeden z kolegów.
— No, jak tam? — zawołał porucznik podjechawszy do nas. — Portki pełne? Puste?
— W porządku.
— Byłem pewny, że zlecicie. Ale chwała Bogu!
Zaczęli nadjeżdżać koledzy. Ich ciężkie, artyleryjskie konie nie mogły rozwinąć takiego tempa jak „Burłaj", niemniej galopowały niezgorzej. Wszyscy byli zachwyceni, bądź co bądź pierwszy galop
i to od razu w terenie. Twarze czerwone z przejęcia, furażerki przekręcone, spodnie wylazły z cholew, postawy raczej żałosne.
— Widzicie chłopcy, taka jest jazda konna — powiedział porucznik, gdy zebrał się już cały zastęp. — Specjalnie dałem na czołowego tego na „Burłaju", wiedziałem, że koń go poniesie. Chciałem, byście spróbowali galopu w dobrym tempie, żebyście w nim zasmakowali. Ale zanim tak będziecie jeździć, trzeba długo i starannie ćwiczyć na ujeżdżalni. Jeżeli będziecie robić postępy, powtórzymy co jakiś czas taki wyjazd w teren.
Wracaliśmy dwójkami spokojnym kłusem. Upojenie jazdą minęło, kiedy usłyszałem, dlaczego porucznik dał mnie na czołowego. Byłem tylko dodatkiem do dobrego wierzchowca. „Burłaj" zaś szalał, tańczył, skakał, rzucał się na boki, wyrywał do przodu, zatrzymywał się znienacka i nie chciał iść w szyku. W porównaniu ze staruszkiem „Murzą" był istnym szatanem. Toteż gdy później dowiedziałem się, że w sąsiedniej baterii zrzucił jeźdźca i boleśnie skopał, straciłem do niego serce. Brałem do jazdy inne konie, przyzwyczajałem się do różnych ich charakterów.
* * *
Mijały dnie i tygodnie, stając się coraz bardziej jednostajne. Każdy „odwalony" dzień skreślało się w kalendarzyku. „Jeden mniej do urlopu! Jeszcze tyle a tyle" — liczyliśmy w wolnych chwilach. Chwil takich, niestety, było niewiele. Czas od pobudki do capstrzyku był skrzętnie wypełniony.
O godzinie szóstej lub o piątej, jeżeli wypadała służba stajenna, rozlegał się wrzask służbowego:
— Pobudka, pobudka, wstać!
Według regulaminu na pierwsze słowo należało się obudzić, na drugie — usiąść na łóżku, odrzucając koc, na „wstać!" — zeskoczyć z łóżka i ubierać się. Jednakże wstawanie na tempa rzadko było stosowane. Po pobudce zaczynał się niesamowity ruch i hałas, słanie łóżek, sprzątanie. A służbowy już krzyczał:
— Pierwszy działon do umywalni biegiem marsz!
Z myciem porannym były trudności. Umywalnia mała, ciasna, z pobliskiego ustępu walił smród, otwarte drzwi i okna powodowały przeciągi. Wody bieżącej nie było, z podłużnej niecki kilkunastoma „cyckami" sączyły się zimne jej strużki. Z ciepłego łóżka, rozebrany do pasa, właź człowieku w smród, przeciąg, pod zimną wodę. Stanowczo, mało zachęcająca perspektywa, zwłaszcza że tak by się jeszcze chciało zdrzemnąć kwadransik... Toteż wkrótce zawiązała się tak zwana „kolonia Niemyje", mieszcząca się pomiędzy specjalnie w tym celu rozsuniętymi szafkami, które oddzielały działony pierwszy i drugi. Na komendę „do umywalni" chwytaliśmy taborety i dalejże za szafki aż do zbiórki. Inicjatorem był wspomniany już były marynarz, który twierdził, że na okręcie nie myli się tygodniami, a prezesem inżynier chemik Porejko. Jako człowiek nauki udowadniał, że narastająca warstwa brudu łączy się z wydzielanym przez skórę tłuszczem i tworzy tkankę ochronną przed bakteriami. Mył tylko ręce i zęby, a raz w tygodniu kąpał się ze wszystkimi w łaźni.
Czasem jednak dyżurny podoficer wypędzał z kryjówki i gonił do umywalni. Trudno, siła wyższa. Kiedyś zawiesiłem na szyję pasek od spodni i myłem twarz i ręce.
— Co wy robicie? Dlaczego nie myjecie się jak należy? — krzyknął.
— Panie plutonowy, melduję posłusznie, że myję się „do pasa" — odparłem, pokazując pasek.
Ale plutonowy nie miał poczucia humoru, dostałem siedem dni robót poza kolejką, czyli noszenia wody.
Po myciu następowało kolejne zmartwienie -— słanie łóżka. Wymagało to wiele trudu. Kropiło się prześcieradło wodą i prasowało na mokro taboretem. Po wyschnięciu naciągało się ono i wygładzało. Przeważnie jednak zjawiał się „lotnik" i cała praca szła na marne.
— Działonami zbiórka!
— Działonami raport!
Wyznaczeni kolejno na dwa tygodnie działonowi meldowali p.o. szefowi (również wyznaczonemu z uczniów) stan obecnych. Ten zaś meldował stan baterii ogniomistrzowi-szefowi.
— Do modlitwy!
„Kiedy ranne wstają zorze"...
— Przygotowanie do śniadania!
— Bateria zbiórka! Kierunek jadalnia, marsz!
— Pierwszy pluton na sali wykładowej zbiórka! Drugi pluton przed koszarami zbiórka!
— Bateria zbiórka!
I tak przez cały dzień ciągle „zbiórka" i „zbiórka". Ani kroku nie ruszył się nieszczęsny kanonier z cenzusem bez zbiórki. Dopiero wieczorem, w czasie wolnej godziny, mógł pójść samodzielnie do kantyny lub w odwiedziny do kolegi w sąsiedniej baterii, ale i wówczas musiał odmeldować się i zapisać u służbowego.
Gdy wypadał obrządek stajenny, maszerowało się w rannym zmroku do stajni. Tu było cicho, ciepło, przytulnie i sennie. Prowadziło się konie do wodopoju, potem z miarkami w ręku szło się do furażowego po porcję owsa. Stawaliśmy przed stanowiskami i na komendę podchodzili do żłobów, wsypując owies. Konie niecierpliwiły się, odwracały gniewnie łby, tłukły kopytami o posadzkę. „Prędzej, prędzej. Ruszaj się!"
W czasie jedzenia należało stać przy żłobie i trzymać konia za kantar, by nie rozrzucał owsa. Niektóre jadły spokojnie, inne wydzielały ślinę i dopiero taką mieszankę owsa ze śliną spożywały. Czas końskiego śniadania był najbardziej przyjemny z całego obrządku. Pod miarowy chrzęst zębów można było podrzemać kilkanaście minut lub pomyśleć o domu, o bliskich. Chyba że trafił się koń, który trzymał się zasady „Żryj cudze, swoje zawsze zdążysz" i pakował łeb do żłobu sąsiada. Wtedy już nie było drzemki.
Po karmieniu następowało czyszczenie. Tarło się szczotką z przyciskiem, „z włosem, pod włos, z włosem i o zgrzebło", lewa strona, prawa strona, brzuch, nogi. Zgrzebło wystukiwało się o posadzkę korytarza, wybijając „kreski". Podoficer stajenny sprawdzał, czy liczba ich jest dostateczna. Jeszcze kilka ruchów szczotką, wygładzenie łba, grzywy, ogona i na razie koniec, do obiadu spokój, wracamy do baterii. Tym razem już się człowiek musiał umyć, ponadto czekało dodatkowe czyszczenie butów, zabłoconych przy przejściu do stajni.
Po śniadaniu były godziny zajęć według ułożonego na tydzień rozkładu wywieszonego na tablicy. Uczyliśmy się opisu sprzętu; mechanizmy działa nie były trudne do zrozumienia, ale nazewnictwo wojskowe stanowiło nowość zupełną. Różne czopy, gniazdka, sworznie, pokrętła, podkładki, lony, wały, wsporniki... Albo tasiemce:
gniazdko czopika wspornika podkładki do wkładki zamkowej. Czy też: zawleczka przetyczki skobla ucha wąsa osi wyrzutnika 75 mm armaty polowej wzór 97. Proszę bardzo, zapamiętaj.
Na działoczynach każda czynność miała specjalny i wyłączny sposób wykonania, wszystkie ruchy zautomatyzowane, celowe i obliczone, proste i szybkie, a przy tym dokładne. Młodym żołnierzom trudno było opanować tę ekonomię ruchów. Podoficerowie cierpliwie powtarzali raz po raz, sprawdzali i poprawiali.
Na mustrze przerabialiśmy chwyty bronią, które w oddziałach konnych były inne niż w piechocie, a więc: „Na pas broń! Prezentuj broń! Przez plecy broń!" Ćwiczyliśmy krok defiladowy, a także meldowanie się. Podchodząc sprężystym krokiem, stając na baczność i salutując, krzyczałem głośno i dziarsko:
— Panie plutonowy, kanonier z cenzusem Roman, melduję się posłusznie na rozkaz.
— W wojsku nie podaje się imion, trzeba wymienić tylko nazwisko — zwrócił mi uwagę nadzorujący zajęcia kapitan Olszewski, dowódca plutonu.
— Panie kapitanie, melduję posłusznie, że Roman to jest właśnie moje nazwisko — wyjaśniłem.
Przerabialiśmy też chwyty szablą. Na komendę „Szable w dłoń" na tempo raz należało chwycić rękojeść i wysunąć szablę lekko z pochwy, na tempo dwa — wyszarpnąć energicznie szablę i podnieść wyprostowaną rękę do góry. „Wszystkie szabelki muszą równiutko błyszczeć w słońcu — powtarzał kapitan. — Ręka wyżej, ręka do tyłu, pióro bardziej w prawo, tak — poprawiał przechodząc wzdłuż frontu. — Bardziej w lewo, tak, dobrze, nie krzywić się, dobrze, wyżej"... A front długi, każdego trzeba poprawić. A ręce marzną, a ręce mdleją, a pan kapitan się nie śpieszy, każdego musi przecież obejrzeć... Wreszcie tempo trzy, opuścić szablę na ramię. Na szczęście nasi oficerowie rzadko mieli „humory", chyba że bateria niechętnie śpiewała.
Najgorzej było na jeździe konnej. Taką litanię przekleństw trudno sobie wyobrazić. Niektóre fantastyczne, wszystkie niecenzuralne. Kapitan zapowiedział jednak na początku, że nie należy się obrażać. Trzeba więc słuchać cierpliwie, a czasem nawet pośmiać się, zwłaszcza gdy epitet dotyczył sąsiada... „Żebyście byli taki duży, jak jesteście głupi, moglibyście na klęczkach księżyc w dupę pocałować".
„Siedzicie na tym koniu jak małpa na brzytwie" albo „jak ku*wa na nocniku".
Kiedyś elegancki porucznik, w rogatywce i białych rękawiczkach, bardzo się zdenerwował postawą jeźdźców. Cisnął w błoto czapkę i rękawiczki, złapał się za głowę i jęknął na całą ujeżdżalnię:
— Psiakrew! Rany boskie! Nie wytrzymam dłużej, zwariuję! Mam narzeczoną, chciałem się żenić, ale jak pomyślę, że mogłaby urodzić mi takich synów, takie ofermy jak wy, kanonierzy z cenzusem, to lepiej niech jej cnota zwiędnie, a ja zostanę kawalerem do końca życia!
Charakterystyczne, że ci sami oficerowie, przeklinający grubiań-sko w stajni czy na ujeżdżalni, w sali wykładowej wyrażali się normalnie, wręcz elegancko, a jeśli komuś zwracali uwagę, robili to tak grzecznie, że zdumienie brało. Widocznie to atmosfera stajni tak działała, a może w samej rzeczy były z nas takie ofermy?
Godziny w sali wykładowej były odpoczynkiem. Można wyciągnąć nogi pod ławką, oprzeć się wygodnie plecami, podeprzeć głowę ręką... i drzemać, wykorzystując cudze plecy jako ukrycie. A o „ukryciu", „zasłonie" i „martwym polu" uczyliśmy się zaraz na pierwszych lekcjach instrukcji strzelania. Była teraz okazja wykorzystać praktycznie zdobyte wiadomości.' Wprawdzie nasz dowódca plutonu zacinał się, a nawet jąkał, co utrudniało drzemkę, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Najbardziej usypiająco działał płynny, spokojny wykład.
W jednym z regulaminów, które wyfasowałem, mój poprzednik z ubiegłego roku zostawił na pamiątkę i naukę przyszłym rocznikom bardzo praktyczny dekalog. Były tam, między innymi, takie rady:
„Na wykładach pamiętaj, aby na pięciu śpiących wypadał jeden czuwający. A chcesz się spokojnie wyspać, właź pod ławkę.
Nigdy nie zgłaszaj się na ochotnika ani do odpowiedzi, ani do żadnej roboty. Pamiętaj, że ochotnicy wyginęli w 1920 roku.
Gdy się pytają, kto jest szoferem, nie przyznawaj się, że masz prawo jazdy. Do przeciwlotniczej i tak cię nie przydzielą, a na pewno jest brudna bielizna do noszenia.
Uszu nie myj przez cały rok, nie sprawdzają wcale".
Ta ostatnia rada była spowodowana ustawicznym sprawdzaniem czystości rąk przed posiłkami i na apelach oraz nóg przed spaniem. Uszu istotnie nie oglądano. Co się zaś tyczy spania na wykładach,
wytworzyła się grupa okupująca ostatnie ławki. Było kilku panów, którym nie zależało na wynikach repetycji, a do służby wojskowej mieli stosunek optyczno-płciowy. Większość żołnierzy traktowała jednak naukę poważnie i przykładała się do pracy. Byli to w zasadzie inżynierowie po ukończonycji studiach bądź też studenci politechniki. Nieliczni absolwenci uczelni humanistycznych wykorzystali różne powiązania rodzinne, żeby się dostać do szkoły włodzimierskiej. Takich jak ja ochotników, bezpośrednio po maturze, było w baterii zaledwie piętnastu.
W południe odbywał się raport u dowódcy baterii: zmiana służby, prośby, raport karny. Sensację wywołała kiedyś prośba kanonie-ra z cenzusem Olechowskiego, wieloletniego studenta politechniki:
— Panie kapitanie, proszę posłusznie o pozwolenie noszenia włosów. Mam bardzo słabe i delikatne, przy strzyżeniu maszynką po prostu wyłażą. Boję się, że mogę wyłysieć, a pan kapitan rozumie, jak nieprzyjemnie być łysym.
W rzeczywistości Olechowski już był łysy. Wierzch głowy porastał mu rzadki puszek jak u pisklęcia. Kapitan, sam łysy, potraktował sprawę ze zrozumieniem, nie pozbawionym poczucia humoru.
— Dobrze, Olechowski, zrobię dla was wyjątek. Możecie nosić włosy, pod warunkiem, że je będziecie podstrzygać wysoko z tyłu i z boków.
Po drugim śniadaniu i ewentualnym karmieniu-koni były jeszcze trzy godziny ćwiczeń lub wykładów, potem czyszczenie butów, mycie rąk, obiad i rozkaz dzienny, w czasie którego następowała największa uroczystość dnia: wręczanie listów, paczek i pieniędzy. Tęskne spojrzenia kierowały się ku paczce listów w ręku szefa, z zawiścią spoglądano na otrzymujących. List w wojsku to wielka przyjemność, realny dowód pamięci bliskich. Byli szczęśliwcy, którzy otrzymywali ich wiele. Ja nie prowadziłem rozległej korespondencji, na listy trzeba przecież odpisywać.
Następowała teraz godzina obowiązkowej ciszy poobiedniej. Należało położyć się na łóżku, zdejmując tylko buty. Był to dobry odpoczynek, jedyny jego mankament stanowiła konieczność przeżywania po raz drugi w ciągu dnia pobudki, a to jak wiadomo, najbardziej przykra rzecz w wojsku. Jedni spali, inni prowadzili ożywione życie towarzyskie, lecz nie w świetlicy, a w ustępie. Była to bowiem jedyna pora, kiedy można było skorzystać z niego spokojnie, bez
pośpiechu. Na szerokiej desce mieściło się sześć stanowisk, między którymi mogli swobodnie usiąść również czekający kolejki. Trzecia zmiana stawała pod ścianą, niektórzy przynosili taborety. Tu rozwijały się namiętne dyskusje, tu omawiano bieżące wydarzenia bate-ryjne lub słuchano opowiadań znakomitych „bajarzy" w rodzaju wspomnianego już Olechowskiego. W porównaniu z ożywieniem panującym w ubikacji w czasie „ciszy" wieczorna świetlica wydawała się raczej pusta.
Potem przychodziła kolej na przeróżne apele mundurowe oraz przeglądy broni. Wyjmowało się z szafki wszystkie „manele" i układało na korytarzu bądź na podwórzu do przeglądu. Ciągle przy tym coś komu ginęło, jedyna rada, ściągać natychmiast brakującą rzecz innemu, z sąsiedniego działonu, aby nie podpaść. Najciekawsze, że w czasie generalnych przeglądów nikomu nic nie brakowało. Po prostu poszczególne rzeczy krążyły po ludziach. Ktoś zostawiwszy kubek w umywalni, myśląc, że mu skradziono, brał kubek innemu, ten następnemu, aż wreszcie ktoś, szukając swojego, znajdował ten pozostawiony i łańcuszek się zamykał. Po apelach odbywało się sprzątanie rejonu, czyszczenie broni oraz dział, obrządek stajenny, czasem musztra piesza. Trzeba było zręcznie lawirować, aby umknąć podoficerowi służbowemu i zjawić się dopiero wtedy, gdy wyłapie już dostateczną liczbę ludzi do sprzątania, noszenia wody i innych robót. Słowem, według terminologii wojskowej, „zadekować się".
Po kolacji było trochę wolnego. W tym czasie pisało się listy, odwiedzało kolegów, szło się na szklankę piwa do kantyny. Przeważnie jednak trzeba było się uczyć, zrobić porządek w szafce, przyszyć guziki czy naprawić coś w umundurowaniu, wyczyścić buty i ostrogi. W baterii wrzało wtedy jak w ulu. Toczono pogawędki, opowiadano lub też „zgrywano wariata" z jakiegoś patałacha.
Inżynier Juraszek doskonale naśladował kapitana Olszewskiego, który w charakterystyczny sposób zacinał się w mowie. Robił kiedyś inspekcję, udając kapitana.
— Cz-czo to je-est? To n-nie sz-sza-afka, to bu-urdel, pro-oszę Wa-as, bu-urdel, ro-ozu-umie-ecie?
Wszedł właśnie czy też był na sali ogniomistrz-szef. Słysząc głos kapitana, zakomenderował „baczność" i szedł zdać raport. Kapitana nie mógł znaleźć, głos umilkł.
— Gdzie jest kapitan Olszewski? — zapytał kogoś z brzegu.
— Pana kapitana nie ma, panie szefie.
— Słyszałem przecież jego głos?
— To Juraszek, panie szefie, tak udawał.
Szef dał więc „spocznij" i poszedł sztorcować Juraszka, lecz wkrótce zaczął się śmiać z innymi z jego „kapitańskiego" głosu. Duża grupa zebrała się koło szafki, przy której Juraszek dawał „opeer" za stwierdzony bałagan. Nikt nie zauważył, że wszedł kapitan i stanął obok. W pewnej chwili rozległ się, tym razem już jego głos:
— Ju-ura-aszek, dla-acze-ego mnie prze-e-e — chciał powiedzieć „przedrzeźniacie", ale tak się przy tym zaciął, że miast kończyć, parsknął również śmiechem.
— Szkoda, Juraszek, że nie jesteście trochę chudszy, moglibyście mnie czasem zastąpić na szerszym forum — zażartował.
Rzeczywiście, podobnie chudego człowieka rzadko się spotykało. Na nim potwierdzało się wojskowe powiedzonko, iż uszy służą do tego, aby czapka nie spadała na oczy.
Służbowy ogłosił zbiórkę do modlitwy wieczornej. Śpiewamy „Wszystkie nasze dzienne SPRAwy" i zaczynamy układać się do snu. Ścielemy łóżka, myjemy nogi, składamy ubrania w kostkę. Wyciągając się na twardo nabitym słomą sienniku, cieszymy się, że minął jeszcze jeden dzień, że jeden dzień jest bliżej do urlopu. Służbowy woła „capstrzyk!", przekręcając zwykle na „capsztyk", gasi światła i groźnie nakazuje ciszę. Ale właśnie teraz chciałoby się pogadać z sąsiadem, tam ktoś powiedział wspaniały kawał i cały dzia-łon chichocze.
Raptownie głosy i śmiechy milkną, gdyż słychać jak służbowy melduje „baterię po capstrzyku" oficerowi dyżurnemu. Teraz cala uwaga jest skierowana na kroki inspekcji. Tu i tam postać w koszuli biegnie do umywalni: brudne nogi; ktoś inny poprawia kostkę lub idzie czyścić buty... Wreszcie kroki oddalają się, niebezpieczeństwo mija.
Nie zawsze jednak inspekcja kończy się spokojnie. Oto oficer dyżurny zaszedł niespodzianie w pełni gwaru.
— Pobudka, pobudka, wstać! W dwuszeregu zbiórka!
— Po capstrzyku należy zachować absolutną ciszę. Nie chce wam się spać? Dobrze. Możemy się pobawić. Bateria, capstrzyk!
Rozbieramy się, składamy kostki, kładziemy się do łóżek.
— Bateria, pobudka! W dwuszeregu zbiórka!
Ubieramy się, biegniemy na korytarz, ustawiamy się.
— Capstrzyk!
Rozbieramy się, składamy kostki, kładziemy się do łóżek.
— Pobudka! Nie ubierać się! W dwuszeregu zbiórka! Stajemy na zbiórkę w koszulach, jako że gatki leżą w kostce.
Bielizny nocnej wojsko nie używa. W koszulach dziennych wyglądamy pociesznie. Zawsze tak wypada, że mały otrzymuje za dużą, a dryblas za krótką. Widnieją genitalia i tyłki oraz obrośnięte nogi, ale nikomu teraz do śmiechu.
— Capstrzyk! Kładziemy się spać.
— Pobudka! Biegniemy na zbiórkę.
— Capstrzyk! Pobudka! Capstrzyk! Pobudka! Capstrzyk! Cisza! Tym razem już rzeczywiście w baterii panuje cisza. Żołnierze śpią, czuwa tylko służbowy przy swoim stoliku u wejścia, czekając z utęsknieniem godziny, kiedy będzie mógł zbudzić zastępcę, a sam chrapnąć przez resztę nocy... „A jutro znów pobudki głos z promiennych snów pod trygonometr wezwie nas" — jak głosiła piosenka. Trygonometr to sygnał topograficzny na placu ćwiczeń, dosyć oddalony, do którego kazano nam biegać za karę. „Wyście som oporne, ja wam zajrzę pod ogonki, pod trygonometr biegiem marsz!" Ale to dopiero jutro, na razie jest noc i twardy krzepiący sen.

Mijały dnie i tygodnie. W dniu święta podchorążych, 29 listopada, zostaliśmy już prawdziwymi żołnierzami. Skończył się okres rekrucki, złożyliśmy przysięgę. Na placu szkolnym odbyła się msza polowa, delegaci bateryjni stanęli obok przystrojonej przy ołtarzu armaty, kładąc palce na jej lufie. Powoli, uroczyście powtarzaliśmy słowa:
„Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, w Trójcy Świętej Jedynemu, być wiernym Ojczyźnie mej Rzeczpospolitej Polskiej, chorągwi wojskowych nigdy nie odstąpić, stać na straży Konstytucji i honoru żołnierza polskiego, prawu i prezydentowi Rzeczpospolitej Polskiej być uległym, rozkazy dowódców i przełożonych wiernie wykonywać, tajemnic wojskowych strzec, za sprawę Ojczyzny mej walczyć do ostatniego tchu w piersiach i w ogóle tak postępować, abym mógł żyć i umierać jak prawy żołnierz polski. Tak mi dopomóż Bóg i Święta Syna Jego męka. Amen".
W przeddzień przysięgi została spalona tradycyjna kukła, symbolizująca rekruta. Mogliśmy teraz wychodzić w niedziele do miasta. Początkowo korzystali z tego wszyscy, później amatorów ubywało. Miasto było małe, błoto takie same jak w koszarach, jedyna porządna restauracja „Pod strzechą" zatłoczona przez oficerów miejscowego garnizonu, „dziewczynki" oblężone, a poza tym każdemu zdrowie miłe. Słowem, wyjście do miasta przestało być atrakcją, do obowiązków zaś przybyła służba wartownicza, pełniona kolejno przez baterie szkolne. Ze strachem szedłem na pierwszą wartę. Karabin naładowany ostrą amunicją, posterunek obok magazynów, oficer inspekcyjny wymagający, głucha noc zimowa, pustkowie. Oczy uparcie wpatrywały się w ciemność, aby w porę spostrzec podchodzącego i krzyknąć regulaminowo: „Stój! Kto idzie?"
Nadeszły upragnione święta Bożego Narodzenia i pierwszy urlop: dziesięć dni w domu, bez pobudek, capstrzyków, alarmów, bez kostek i słania łóżek, bez stajni i placu ćwiczeń, bez zbiórek, bez mycia. A na dwa dni przed wyjazdem prezent od komendanta szkoły dla dobrych uczniów: pierwsza „belka", czyli awans na bombardierów. Naszywaliśmy ją z satysfakcją, początek zrobiony, a naramiennik duży, starczy miejsca i na następne. Poza dźwięcznym tytułem żadnych korzyści awans nie dawał, szeregowi nie salutowali jednej belce, uważając, że podoficer zaczyna się dopiero od kaprala.
Na urlopie w Kowlu zadawaliśmy fason. W porównaniu z kolegami, odbywającymi służbę w piechocie, wyglądaliśmy zuchowato w płaszczach do kostek, długich butach z ostrogami i przy szablach. Nie to co jakieś tam „zające-skaczybruzdy" w owijaczach, którzy nawet belek nie potrafili się dorobić. Jednak „artyleria piękna broń", jak mówiła piosenka.
Znajomi oraz rodzice zgodnie stwierdzali, że przez te trzy miesiące zmężniałem i nabrałem postawy. Mnie również podobało się wojsko i zacząłem się zastanawiać nad pozostaniem w służbie zawo-
dowej. Po urlopie, gdy zapisywano kandydatów do Szkoły Podchorążych Artylerii w Toruniu, zgłosiłem się również. Pociągała perspektywa oficerskiej gwiazdki. Kandydaci mieli być specjalnie obserwowani w celu wystawienia później opinii o przydatności do służby stałej.
Pierwsze dni po urlopie były smętne, musieliśmy wdrażać się znowu w rytm dnia i tryb życia koszarowego. Przygnębiający nastrój pogłębiała inspekcja pułkownika Skokowskiego, specjalisty od alarmów. Każdej nocy czekaliśmy, że wyrwą nas ze snu. Po kolacji troczyliśmy tornistry i sakwy, chowając je w szafkach. Rano trzeba było wszystko układać na miejsce, a sakwy odnosić do stajni.
Na jeździe konnej zdarzył mi się przykry wypadek. Dzień był pochmurny i mglisty, błoto sięgało połowy łydek. Konie zastały się podczas urlopu i brykały po wyprowadzeniu ze stajni. Mój „Wilk", duże i silne bydle zaprzęgowe, z kosmatym brzuchem i kończynami, rwał się do przodu, naruszając przepisowy odstęp trzech kroków, obowiązujących w szyku „na ogony". Gdy zbliżył się zbytnio do zadu poprzednika, nerwowa młoda klacz wierzgnęła kopytami i zamiast „Wilka" w zęby kopnęła mnie w udo. Na szczęście, jako koń wierzchowy, nie była kuta na tylne nogi, gdyby to był koń zaprzęgowy, rozdarłby mi udo hacelami. Na zimę konie były kute „na ostro". Ale i tak dostałem nieźle. Wreszcie była ujeżdżalnia, zatoczyliśmy koło, padła komenda:
— Zastęp, stój!
Przerzuciłem wodze na lewe przedramię i zacząłem regulaminowo opuszczać strzemiona i podciągać popręg. Gdy majstrowałem przy siodle, „Wilk" wspiął się na tylne nogi. Z trudem ściągnąłem go wodzami na ziemię, konisko było wielkie i ciężkie. Wróciłem do podciągania popręgu i gdy zwolniłem wodze, on znowu zaczął tańczyć na tylnych nogach. Szamotałem się z nim bezskutecznie, w pewnym momencie uderzył mnie przednim kopytem w twarz. Zrobiło mi się ciemno w oczach, runąłem w błoto, koń zaś, uwolniony od jeźdźca, pogalopował po ujeżdżalni.
Gdy się podniosłem, ziemia chwiała mi się pod nogami. Otarłem twarz z błota, ręka umazała się krwią. Splunąłem, poleciały kawałki zębów. Prawy policzek puchł gwałtownie, nie mogłem zewrzeć szczęk, wszystkie zęby się ruszały. Prawe oko zapuchło, z policzka ciekła krew. Koledzy patrzyli ze współczuciem, kapitan zapytał
o przyczynę wypadku, że zaś złapano w tym czasie „Wilka" — rozkazał:
— Zaprowadźcie konia do stajni, a sami idźcie do ambulansu. W izbie chorych sanitariusz umył mi twarz i zrobił zastrzyk
przeciwtężcowy, po czym zaprowadził do gabinetu lekarza.
— Ale macie szczęście! — powiedział doktor.
— Raczej przeciwnie, panie kapitanie — wybełkotałem.
— Oczywiście, że szczęście. Hacel trafił w kość policzkową. Dziurka w gębie szybko się zagoi. A pomyślcie tylko — centymetr wyżej i nie macie oka, trochę w lewo — rozbity nos, trochę w prawo — ucho. Wybił parę zębów, to głupstwo, gdyby uderzył niżej, odbiłby szczękę. A gdyby tak zajechał z góry na dół, zmasakrowałby gębę.
Doktor uważał, że nie potrzebuję leżenia w izbie chorych. Klnąc konie, wojsko i lekarzy, wróciłem do baterii. Obiadu ani kolacji nie jadłem, gęba się nie „domykała", dziąsła były opuchnięte, zęby się ruszały, prawe oko zaszło krwią. Nazajutrz wybrałem się znowu do izby chorych i tym razem poleżałem tam trzy dni, a potem jeszcze długo przychodziłem na płukanie oka.
Kiedy minął lęk przed końmi, który miałem bezpośrednio po wypadku, osiodłałem znowu „Wilka" i korzystając z pretekstu, że nie chciał iść na przeszkodę, sprałem go trzcinką i porznąłem boki ostrogami. „Odkułem się" za moją krzywdę, choć wątpię, czy to bydle zrozumiało. Do dziś, gdy zamknę oczy, widzę kosmaty brzuch koński i ogromne, obrośnięte kopyta, wzniesione nad moją głową...
 
 
 
darecki 
wujek kurde samo dobro
Trzeba siać...


Pomógł: 34 razy
Dołączył: 22 Lis 2004
Posty: 8814
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 30 Lis, 2004 22:16   

Mam nadzieje Panowie ze z chęcią przeczytacie te wspomnienia... Proszę jeśli znajdziecie błędy to prześijcie poprawiony tekst do mnie wtedy wrzucę go na strone.

pozdrawiam
 
 
 
stifz
Gość
Wysłany: Pią 11 Mar, 2005 18:07   czyje to wspomnienia?

Witam.

Przejrzalem formum i stwierdzam, ze jest tu wiele ciekawych tresci.

Jedna prosba, dla porzadku warto podawac zrodlo informacji lub tekstu.

Tak jak dla tych wspomnien.

Pozdrawiam i zycze dalej tak wspanialego zapalu

Stefan
 
 
darecki 
wujek kurde samo dobro
Trzeba siać...


Pomógł: 34 razy
Dołączył: 22 Lis 2004
Posty: 8814
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 11 Mar, 2005 19:46   

dziekuję :) wspomnienia pochodza z książki Władysława Romana - "Oficer do zleceń". polecam, wspaniała publikacja.

pozdr
_________________
Instytut Niemieckich Fortyfikacji Wschodnich
 
 
 
blogGreen88
Gość
Wysłany: Sob 06 Maj, 2006 06:06   belek

Are you talking about http://www.kskk.info/s-belek.html belek or something else?! Umm. There is a good page for belek perhaps!
Also,you can find some other content on it,such as http://www.kskk.info/s-iraq-money.html iraq money or http://www.kskk.info/s-log-books.html log books or http://www.kskk.info/s-antislip.html antislip.
You can search on the http://www.kskk.info homepage try some other keywords,no ads even.these page updated every day.Because of the huge database,it perhaps not very fast,if you don't like it,take it easy.
 
 
Helmut 
zwyczajny admin, żaden specjalista..
Śpioch bunkrowy

Pomógł: 37 razy
Dołączył: 18 Sty 2006
Posty: 796
Skąd: Kraków, N. Prokocim
Wysłany: Sob 06 Maj, 2006 09:48   

co to za spam? jak to jest mozliwe ze takie cos wchodzi??
 
 
 
darecki 
wujek kurde samo dobro
Trzeba siać...


Pomógł: 34 razy
Dołączył: 22 Lis 2004
Posty: 8814
Skąd: Kraków
Wysłany: Sob 06 Maj, 2006 11:47   

juz raczej sie to nie pojawi :)
_________________
Instytut Niemieckich Fortyfikacji Wschodnich
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group